- Jestem też kaskaderem. - powiedziałem. - I dzisiaj o 17 mam się stawić na planie. - dodałem.
- No no, nie spodziewałam się. - stwierdziła.
Zatrzymaliśmy się na środku jeziora, stąd było wszystko i wszystkich widać. Dzieciaki z drzewa skakały do wody, przypomniało mi się dzieciństwo.
- Jak byłem mały, z bratem też tak skakaliśmy, tyle że drzewa były dwa razy wyższe a my jeszcze wchodziliśmy na sam czubek. - powiedziałem wskazując na bawiące się dzieciaki. - Tata zawsze nas dopingował, zachęcał żebyśmy wchodzili jeszcze wyżej. - zaśmiałem się pod nosem. - A mama... - mój uśmiech zniknął. - Twierdziła że się zabijemy, straszyła nas że jak spadniemy to zginiemy albo będziemy kalekami do końca życia, a tata później mówił że mama kłamie. I komu tu wierzyć? - spojrzałem na dziewczynę. - A pewnego dnia z bratem wróciliśmy na te drzewa, weszliśmy dość wysoko i skoczyliśmy, tyle że nie do wody, chcieliśmy zobaczyć które z rodziców ma rację.
- I co? - uśmiechnęła się.
- Ja miałem połamane ręce i zwichnięty obojczyk, a on miał złamaną nogę. - odwzajemniłem uśmiech.
~~Jenny?~~
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz