-Czemu nie -odpowiedziałem.
Wyruszyliśmy w teren. Jechaliśmy przez las liściasty a w głębi można było dostrzec niewielkie zwierzęta jak wiewiórki. Z góry dochodziły piękne śpiewy ptaków. Gdy wyjechaliśmy z lasu trafiliśmy na rozległą łąkę otoczoną licznymi wzniesieniami. Sama łąka była usiana różnymi kwiatami a ich zapach był niesamowity. Mój koń od razu się schylił by skubnąć trochę trawy. Poklepałem go po szyi po czym niezdarnie zsiadłem z jego grzbietu. Juliette zrobiła to samo.
-Jeśli jazda zawiera takie widoczki to jestem za - zaśmiałem się.
-Za wzniesieniami jest jeszcze ładniej tylko potrzeba trochę czasu by tam dotrzeć. Około 2 dni drogi.
-Może innym razem -uśmiechnąłem się.
Nagle w oddali zauważyłem coś szarego. Mignęło bardzo szybko więc nie zdołałem przyjrzeć się dokładnie. Podszedłem bliżej lecz nic tam nie było. Dziewczyna położyła mi dłoń na ramieniu.
-Wszystko w porządku?
-Tak. Coś mi się przywidziało.
Wtedy jednak na ziemi dostrzegłem czerwone plamy. Wyglądały jak świeża krew. Pokazałem to Juliette i oboje się zgodziliśmy że to właśnie ona.
-Jakieś zwierzę jest ranne.
-Może to myśliwi?
-Myśliwi zabijają swoje ofiary. To coś zostało jedynie zranione.
-W takim razie może lepiej już jeźdźmy. Coś co straciło tyle krwi nie może przeżyć.
-Chyba masz racje.
Juliette?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz