Rano, tuż po ty jak ten dureń oddał mi hajs udałem się do najbliższej wytwórni. Tak jak myślałem, mieli tam studio nagrań. Nie najgorsze, lecz w poprzednim mieście było lepsze. Pogadałem z szefem, zapłaciłem mu i mogłem w spokoju komponować. Nagrali mi fragment, nadający się na refren piosenki. Odebrałem płytę po czym w drodze do domu zajechałem do sklepu. W domu zjadłem spokojnie obiad i wyszedłem do "ogródka". Rozłożyłem sobie leżak niedaleko płotu, oddzielającego moją posesje od posesji tego gościa z baru. Położyłem się i zerknąłem za płot. Był tam ten dureń. Rzucał sobie na spokojnie piłkę swojemu psu.
- Te, dureń. Nie masz co robić, tylko rzucasz piłeczkę swojemu pieseczkowi?
- Zajmij sie sobą, debilu!
Zaśmiałem się
- Mnie takie słówka nie ruszają.
Odwrócił głowę. Chyba go zirytowałem, bywa. Leżałem tak jeszcze chwilę, po czym poszedłem i przyniosłem sobie gitarę. Komponowanie na świeżym powietrzu, bajka... Grałem tak chwilę do puki nie przybył do mnie Lucyfer. Odłożyłem gitarę na trawę, a kot wskoczył mi na kolana.
- Co tam, Lucy... - zacząłem głaskać zwierzaka, na co on odpowiadał mruczeniem.
--Szymon?--
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz