wtorek, 10 lutego 2015

Od Jenny cd.o Maksa

 - W barze... - nie mogłam złapać oddechu - Ranni... - nie mogłam wydobyć z siebie słowa
 - Co się stało? - zaczynał się denerwować
 - Ktoś napadł... na bar... jest kilka poszkodowanych osób
 - Nic ci nie jest?
 - Nie mi nic, ale tam w barze
 - Zajmiemy się tym - powiedział i już jechali karetką, dreptałam powoli w stronę baru, nie śpieszyło mi się, nie po tym co tam zobaczyłam.
Tyle szkła, krzyków, przekleństw, bójek. Chciało mi się strasznie płakać, gdy doszłam na miejsce widziałąm jak Maks i jego koledzy wyciągają rannych na noszach, przyjechała kolejna karetka. Zbierał się tłum, głosy były przytłumione, zawróciłąm i śpiesznym krokiem ruszyłąm w stronę domu. W środku położyłam się na kanapie i okryłam kocem. Znów płakałam, chyba zasnełam, gdy się obudziłam za oknami było ciemno a Maks trzymał mnie w objęciach, mocno się do niego przytuliłam i schowałam twarz w jego ramionach, gładził mnie po włosach
 - Już wszystko dobrze - uspokajał mnie - Nikt aż tak poważnie nie ucierpiał, wszystko jest opanowane
 - Tak się bałam - westchnełam.


Maks?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz