- W barze... - nie mogłam złapać oddechu - Ranni... - nie mogłam wydobyć z siebie słowa
- Co się stało? - zaczynał się denerwować
- Ktoś napadł... na bar... jest kilka poszkodowanych osób
- Nic ci nie jest?
- Nie mi nic, ale tam w barze
- Zajmiemy się tym - powiedział i już jechali karetką, dreptałam powoli w stronę baru, nie śpieszyło mi się, nie po tym co tam zobaczyłam.
Tyle szkła, krzyków, przekleństw, bójek. Chciało mi się strasznie płakać, gdy doszłam na miejsce widziałąm jak Maks i jego koledzy wyciągają rannych na noszach, przyjechała kolejna karetka. Zbierał się tłum, głosy były przytłumione, zawróciłąm i śpiesznym krokiem ruszyłąm w stronę domu. W środku położyłam się na kanapie i okryłam kocem. Znów płakałam, chyba zasnełam, gdy się obudziłam za oknami było ciemno a Maks trzymał mnie w objęciach, mocno się do niego przytuliłam i schowałam twarz w jego ramionach, gładził mnie po włosach
- Już wszystko dobrze - uspokajał mnie - Nikt aż tak poważnie nie ucierpiał, wszystko jest opanowane
- Tak się bałam - westchnełam.
Maks?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz