- Prim? Jesteś? - zdjąłem płaszcz i wszedłem do kuchni. Siedziała przy stole.
- Dopiero co przyszłam. Co na obiad?
- Dla najpiękniejszej mojej afrodyty, mogę zrobić kurczaka z ziołami. Chcesz?
- A może... No wiesz, lasagne jest w lodówce.
- Jak chcesz, ale jutro będzie za to ryba - wyciągnąłem do niej rękę. - Zgadzasz się?
- Oczywiście.
* * *
- Już pozmywałeś? - zapytała Isa wracając z pokoju do kuchni.
- Tak, a co?
- Pouczysz mnie jazdy na desce?
- A co cię tak naszło? - zapytałem podejrzliwie.
- Chcę komuś pokazać, że dziewczyny też mogą.
- Aaa... Dobra, ubieraj się - wstałem. - Idziemy tylko do parku! Na razie ci wystarczy.
Idąc po parku pokazałem jej jak ma stać i już na chodniku w alejce powoli jeździła. Poprosiła, o jakieś sztuczki, ale twardo trzymałem się tego, że najpierw musi się nauczyć jeździć.
Siedząc na ławce rozejrzałem się po ludziach. Nikogo znajomego.... A nie, w pewnym momencie zobaczyłem biegnącą Lidię. Zatrzymała się kilka ławek dalej, miała słuchawki na uszach, wiązała buta. Z kieszeni płaszcza wyjąłem karteczkę z jej numerem i zadzwoniłem do niej.
- Cześć Lidio... Masz bardzo ładne butki. Takie czerwone, rzucają się w oczy.
- Co? - wyprostowała się i rozejrzała.
- To nike czy puma? Hmm, chyba nike - wciąż się rozglądała. - W lewo, jeszcze, jeszcze, o tutaj jestem.
Podbiegła do mnie.
- Bardzo śmieszne, znawco butów - zaśmiała się.
- A dziękuję, chciałem takie Belli kupić.
- Ona tutaj jest? - zaciekawiła się.
- Jest, o tam. Takie małe na desce - pokazałem ręką.
- A deska czyja?
- Mistrza - wskazałem na siebie. - Strasznie chce komuś pokazać, że dziewczyny też mogą jeździć, więc jesteśmy i się uczy.
(Lidia? Trochę długo wyszło ^^)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz